Teoria zmian nie wydaje się jeszcze do końca sformułowana, a więc może zawierać szereg pułapek, białych plam i niedopowiedzeń. Nie wiadomo nawet czy możliwe jest skonstruowanie na tyle ogólnej i uniwersalnej teorii zmian, która pozwalała by wyjaśnić wdraż...
1.Krótki passus z teorii zmian
Teoria zmian nie wydaje się jeszcze do końca sformułowana, a więc może zawierać szereg pułapek, białych plam i niedopowiedzeń. Nie wiadomo nawet czy możliwe jest skonstruowanie na tyle ogólnej i uniwersalnej teorii zmian, która pozwalała by wyjaśnić wdrażanie zmian zarówno technicznych, jak i organizacyjnych, ekonomicznych czy/i społecznych. Dlatego w tej części naszego krótkiego opracowania pragniemy jedynie przypomnieć i zasygnalizować niektóre kwestie teorii zmian oraz dokonać ich syntezy. Nie potrafimy jednak stwierdzić czy takie uogólnienia są uprawnione i czy nie zawierają potknięć i ułomności. Mimo tego podejmujemy się tego nieco ryzykownego zadania z uwagi na wagę problemu, który chcemy wyjaśnić i rozwiązać w drugiej części opracowania. Chodzi w szczególności i znalezienie odpowiedzi na nurtujące nas (i zapewne wielu) pytanie: Kiedy wejście Polski do Unii Europejskiej zaowocuje znaczącą poprawą rozwoju gospodarczego? Nie mamy żadnych wątpliwości, że to nastąpi. Na podstawie teorii zmian stawiamy jedynie hipotezę, że znaczący rozwój gospodarczy pojawi się dopiero po przejściowym szoku poakcesyjnym oraz zmaganiach i zawirowaniach, z kilkuletnim poślizgiem czasowym. Chcielibyśmy tym samym ostudzić nadzieje ze strony „wygórowanych oczekiwań społecznych” i rządu na szybki i bezproblemowy rozwój gospodarczy oraz wzrost stopy życiowej.
Według teorii zmian (której główne założenia przedstawił kiedyś T. Kotarbiński w "Traktacie o dobrej robocie") w toku organizowania procesu wdrożeniowego bardzo ważne jest umiejętne, cierpliwe wyjaśnianie i informowanie ludzi o treści podejmowanych działań, zwłaszcza, gdy nie byli uczestnikami procesu decyzyjnego albo byli sceptyczni wobec zmian. Brak komunikacji i arogancja władz, albo stawianie ludzi przed faktem dokonanym, a szczególnie wdrażanie zmian „na siłę” rodzi automatycznie opory na zasadzie „akcja równa się reakcji”. Im większy autokratyzm i nacisk władz, tym większe opory i obawy ludzi. Do głównych przyczyn takich oporów należy lekceważenie ludzi i traktowanie ich instrumentalnie, brak poczucia bezpieczeństwa lub wygodnictwo, lęki przed nieznanym oraz różnego rodzaju uprzedzenia i obawy. Trzeba podkreślić, że brak oporów oraz malkontentów i krytyków zdarza się niezmiernie rzadko, a więc można powiedzieć, że dezaprobata i trudności są zjawiskiem normalnym i występują w większości procesów wdrożeniowych. Nie należy ich lekceważyć, cierpliwie rozmawiając oraz tłumacząc i przekonując ludzi do swoich racji.
Warto pamiętać, że decyzja o zmianie podjęta publicznie (np. w drodze głosowania, referendum itp.) ma większe szanse realizacji niż decyzja jednoosobowa, lub wąskiego grona władz. Dotyczy to zarówno wielkich zmian, jak i małych (np. rzucenia palenia, lub wyzwolenia się z innego nałogu).
Proces wdrożeniowy jest kluczowym etapem każdego procesu zmian, wymagającym najwyższej troski i osobistego zaangażowania władz i wszystkich uczestników.
Pierwsza faza procesu wdrażania zmian, nazywana też fazą rozruchu lub docierania zmiany, jest zawsze bardzo kłopotliwa i nerwowa, przez co na ogół nie spełnia oczekiwań i nie daje spodziewanych efektów (rys. 1). Jest tak zarówno z wdrażaniem nowych technologii, jak i przedsięwzięć ekonomicznych, organizacyjnych czy społecznych, a nawet ważnych zmian w życiu osobistym (np. małżeństwo). Wiąże się to zawsze z koniecznością pokonania „oporu materii” oraz nie do końca wcześniej rozpoznanych możliwości, a także barier i zahamowań, nie mówiąc o najczęściej wybujałych oczekiwaniach i nadziejach.

Rys. 1. Sprawność funkcjonowania podmiotu, a częstotliwość zmian (punktami oznaczono momenty ewentualnego wprowadzania kolejnych zmian)
Wyraźny spadek sprawności pojawiający się zawsze w momencie wprowadzenia zmiany ma charakter obiektywny i nosi miano „prawa dołka”1. Aby przekonać się czy zmiana jest efektywna, należy odczekać aż proces wdrożeniowy zostanie zakończony. Ocena sprawności zmiany dokonywana w fazie rozruchu jest zawsze zwodnicza, a podejmowane na jej podstawie nerwowe decyzje skłaniające do kolejnej zmiany mogą jeszcze bardziej pogorszyć sytuację. Problem w tym, jakie są granice tolerancji dla głębokości spadku sprawności i jej granic czasowych. Okazuje się, że w odniesieniu do każdej zmiany są one inne i nie da się ich z góry określić. Występuje tu odwrotnie proporcjonalna zależność między tymi parametrami oznaczająca, że im głębszy spadek sprawności, tym krócej jest tolerowany przez ludzi objętych zmianami oraz przez decydentów.2 Czas tolerowania spadku sprawności wydłuża się natomiast im płytszy jest ten spadek.
Pojawiające się trudności rozruchowe rzutują na efekty wdrożeniowe głównie w ten sposób, że ujawniają się one zwykle z większym lub mniejszym „poślizgiem czasowym” dopiero po opanowaniu sytuacji i likwidacji większości barier i oporów. Poza tym zwykle przeceniamy swoje możliwości i nie dostrzegamy wszystkich trudności, w związku z czym, zgodnie z prawami Marphy’ego: „nic nie jest tak proste, jak się wydaje” i „wszystko zabiera więcej czasu, niż by się wydawało”. Słusznie także przestrzega T. Kotarbiński, że „(...) przy szybkim tempie reorganizacji można zaprzepaścić dotychczasowe wdrożenia (korzyści – aut.), a nie zdobyć nowych”.3
Aby stwierdzić czy wdrażana zmiana jest skuteczna i doprowadziła do zakładanych efektów, należy „przeczekać” (choć nie dosłownie) fazę „docierania się” przedsięwzięcia. Często jednak organizatorzy nie znając mechanizmów wdrożeniowych są zbyt niecierpliwi i nerwowi, w związku z czym skłonni są zmienić rozwiązanie, zanim jeszcze zdążą się ujawnić efekty zmian poprzednich. Ma to miejsce szczególnie w przypadku nadmiernych i niecierpliwych oczekiwań, kiedy zmieniamy rozwiązanie jedno po drugim sądząc, że następne będzie lepsze (przypadki takie można nazwać sytuacją „wielokrotnego rozwodnika”).
Przy zbyt częstych i nerwowych zmianach nie tylko nie osiąga się spodziewanych efektów, ale traci korzyści dotychczas uzyskane.
T. Kotarbiński zwraca uwagę na jeszcze jedno ważne zagadnienie łączące się z procesami wdrażania zmian. Chodzi o to, że w takim okresie podmiot ulega osłabieniu koncentrując całe swoje siły na procesie wdrożeniowym. W takim przypadku „(...) okres reorganizacji jest okresem, przejściowego przynajmniej osłabienia zespołu (podmiotu – aut.) i naraża go na niepowodzenia w razie konfliktu. Chroniczna zaś reorganizacja (...) to chroniczna dezorganizacja”.1
Jeszcze ważniejsze od końcowej kontroli efektów jest bieżące nadzorowanie (inwigilowanie) całego procesu wdrożeniowego. Trzeba ciągle śledzić postępy prac wdrożeniowych oraz przewidywać i wykrywać zakłócenia, trudności i zahamowania, aby w porę im zapobiegać i je usuwać. W przypadku wdrażania przełomowych zmian strategicznych, celowa jest wręcz budowa systemu monitowania i wczesnego ostrzegania, z jednej strony przebiegu procesu wdrożeniowego, z drugiej, zachowań podmiotów objętych zmianami.
2.Sprawność funkcjonowania gospodarki po wejściu Polski do UE
W ocenie funkcjonowania gospodarki wykorzystujemy w tej części opracowania podejście prakseologiczne, bazujące na syntetycznym pojmowaniu sprawności, przy czym zakładamy, że najbliższym (choć nie jedynym) jej odpowiednikiem może być wzrost PKB. Zakładamy też w uproszczeniu, że wszystkie inne możliwe makromiary sprawności gospodarki takie jak np. rentowność przedsiębiorstw, poziom zatrudnienia, stan budżetu państwa, poziom życia społeczeństwa itp. są pochodną stopy wzrostu PKB. Można więc uznać, że przyjęta przez nas krzywa sprawności funkcjonowania gospodarki jest w pewnym sensie syntezą i wypadkową kształtowania się wielu szczegółowych mierników o charakterze sprawnościowym.
Syntetyczną analizę sprawności funkcjonowania gospodarki polskiej przeprowadzamy głównie dlatego, aby uświadomić decydentom, politykom i społeczeństwu, że po wejściu do Unii Europejskiej nie należy spodziewać się natychmiastowego i znacznego, zgodnego z silnymi oczekiwaniami rządu i większości społeczeństwa, wzrostu PKB i wszystkich jego korzyści towarzyszących. Wprost przeciwnie. Zakładamy hipotetycznie, zgodnie zresztą z prawidłowościami opisanymi poprzednio, a zwłaszcza z „prawem dołka”, że w pierwszym okresie po przystąpieniu do Unii pojawi się szok akcesyjny w postaci znaczącego spadku PKB (oby tylko w stosunku do założeń rządowych, a nie rzeczywistego stanu rzeczy – rys. 2).

Rys. 2. Hipotetyczne krzywe sprawności polskiej gospodarki w zależności od wariantu integracyjnego
Legenda:
a)oczekiwania rządowe i społeczne,
b)najbardziej prawdopodobna krzywa sprawności,
c)krzywa gdyby Polska nie przystąpiła do UE,
d)krzywa w razie ewentualnego wycofania się z UE.
Uwaga: Nie da się niestety ustalić skali spadku sprawności gospodarki, a także czasu trwania spadków i wzrostów. Szacujemy, że spadek ten może wynieść od 2-5% PKB.
Nasze opinie w sprawie najbardziej prawdopodobnego kształtu krzywej sprawności gospodarki (rys. 2, krzywa b) znajdują uzasadnienie w postaci całego szeregu przyczyn i symptomów już obserwowanych w gospodarce polskiej. Znajdują one także potwierdzenie w wynikach pogłębionych badań przeprowadzonych przez nas w 40 przedsiębiorstwach prywatnych woj. Śląskiego w roku 2002, które powinny niepokoić. Podobne opinie wynikające z licznych badań w innych polskich przedsiębiorstwach zostały także zaprezentowane w wielu referatach konferencyjnych opublikowanych w monografii pt. „Przedsiębiorczość, konkurencyjność oraz kondycja małych i średnich przedsiębiorstw w obliczu integracji z Unią Europejską”1
Pragniemy zauważyć, że załamanie gospodarcze następowało w przeszłości w Polsce zawsze po zasadniczych przełomach politycznych. Tak było podczas obrad Sejmu Wielkiego w latach 1788-1792, w 1918 roku gdy Polska odzyskała niepodległość, podczas pierwszej „Solidarności” w 1981 r. oraz w 1989 roku. Zawsze wdrażanie poważnych zmian przynosiło z sobą kilkuletnie (a nieraz i dłuższe) zawirowania gospodarcze i społeczne.
Ogromna presja społeczna i niecierpliwe oczekiwania obywateli na szybki wzrost gospodarczy i poprawę sytuacji materialnej nie znajdują pokrycia w rzeczywistych możliwościach gospodarki. W dodatku silny nacisk Polaków na zwiększanie szeroko pojętych wydatków socjalnych stoi niestety w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i sytuacją budżetową państwa.
Wejście do Unii nie oznacza automatycznie, że od razu przyspieszony zostanie rozwój gospodarczy i wzrośnie poziom życia. Oznacza tylko wielką szansę, a więc jedynie prawdopodobieństwo (a przez to i ryzyko) uzyskania określonych korzyści po spełnieniu licznych warunków i wykonaniu samemu ogromnej pracy, na którą nie wszyscy potrafią się zdobyć.
Eurosceptycy i przeciwnicy wejścia Polski do Unii szans takich nie widzą, bo dobrze wiedzą, że w krótkim czasie nie można osiągnąć sukcesu. Zdają sobie sprawę, że Polska wchodzi do Unii w znacznym stopniu nieprzygotowana. W dodatku niesprawne i skorumpowane struktury państwowe i samorządowe nie gwarantują efektywnego zagospodarowania funduszy pomocowych. Poza tym obciążona ogromnymi kosztami socjalnymi gospodarka i mało wydajne przedsiębiorstwa – zarówno państwowe, jak i prywatne – nie są w stanie na równych prawach konkurować na rynkach europejskich.
Decyzja o przystąpieniu do Unii Europejskiej nie doprowadzi do natychmiastowego wzrostu gospodarczego, zmniejszenia bezrobocia i poprawy finansów publicznych. Na tego typu słabości „pracowano” w Polsce przez wiele lat i nie da się tych tendencji odmienić w krótkim czasie jednym aktem akcesyjnym. To jedynie wybór wariantu nadziei i szansy w którym pozytywy mają w długim czasie przewyższyć negatywy.
Z momentem wejścia do Unii ograniczone zostaną z pewnością (i całe szczęście) możliwości prowadzenia nieodpowiedzialnej polityki gospodarczej nastawionej na jawne lub ukryte zwiększanie deficytu budżetowego i zadłużenia, rozbudowę różnych form nieuzasadnionej pomocy publicznej (np. subwencjonowania nierentownych przedsiębiorstw) emisję pustego pieniądza i ciągły wzrost wydatków państwa.
Czekający nas szok poakcesyjny związany z pełniejszym otwarciem rynku zmusi wielu przedsiębiorców do poprawy konkurencyjności, a w związku z tym do dalszego ograniczania zatrudnienia i poprawy efektywności. Wymaga to jednak ogromnego wysiłku i wyrzeczeń oraz pokonania szeregu trudności, a poza tym czasu. Spowoduje także niestety wyeliminowanie z rynku znacznej liczby słabych firm nieprzygotowanych do silnej i prawdziwej konkurencji.
Nie nastąpi także natychmiast, zwiększona emigracja zarobkowa, bo na przeszkodzie staje słaba znajomość języków oraz brak środków na zmianę miejsca zamieszkania. Z tego względu w znacznym stopniu nie wykorzystany zostanie ten atut otwarcia europejskiego rynku pracy.
Wejście do UE Grecji i Irlandii nie przełożyło się na natychmiastowy wzrost gospodarczy i nie rozwiązało od razu problemów społeczno-gospodarczych tych państw. Boom gospodarczy pojawił się w Irlandii dopiero po 10 latach od wejścia do Unii. Wystąpił dopiero po latach zmagań i targów, kiedy wreszcie rząd i politycy zrozumieli i zdecydowali się na obniżkę podatków, reformę finansów publicznych, ograniczenie deficytu budżetowego i zastosowanie zachęt dla inwestycji. Trzeba było więc wielu lat wyrzeczeń i procesów restrukturyzacyjnych, aby nastąpił zauważalny rozwój gospodarczy i wzrost poziomu życia. Nie inaczej będzie w Polsce, zwłaszcza, że wchodzimy do Unii mającej aktualnie potężne problemy gospodarcze i społeczne.
Znacznie bogatsze od nas państwa wchodzące wcześniej do UE odnotowały w pierwszych kilku latach poakcesyjnych obniżenie się poziomu życia i rozwoju gospodarczego. Dopiero po kilku, a nawet kilkunastu latach powolnego wzrostu zaczęły rozwijać się w szybszym tempie.
Mimo, że proces dostosowywania się do wymogów Unii trwa już od kilku lat, pozostało jeszcze wiele do zrobienia.
Wejście do Unii wymaga w Polsce jeszcze wielu zmian prawnych. Integracja to także nowe, ostrzejsze warunki konkurencji, nowy rynek, liberalizacja rynków energii, telekomunikacji itp. Trzeba liczyć się z tym, że zniesienie barier celnych zdecydowanie zwiększy konkurencję na polskim rynku, ale nastąpi to dopiero po pewnym czasie. Ponadto integracja europejska wiązać się będzie ze sporymi kosztami, które trzeba będzie ponieść z powodu konieczności dostosowania się do unijnych norm ochrony środowiska naturalnego i bhp. Przykładowo od 1 maja 2004 roku wszystkich naszych producentów zaczną obowiązywać unijne normy CE dopuszczające produkty na rynek wszystkich krajów unijnych. Określają one dyrektywy w jaki sposób towary muszą być wytwarzane i z jakich materiałów, aby były bezpieczne dla konsumentów i miały oznaczenia CE. Ponieważ ochrona środowiska jest jednym z priorytetów UE, zaczną obowiązywać dziesiątki dyrektyw ograniczających emisję spalin, ścieków, szkodliwych substancji, rozładunku paliw, ich hermetycznego magazynowania itp. I chociaż Polska uzyskała od Unii szereg okresów przejściowych i znaczne środki na te cele, koszty wprowadzenia wszystkich unijnych norm ekologicznych będą znaczące, na które wiele przedsiębiorstw nie ma funduszy.
Na niski poziom konkurencyjności polskich przedsiębiorstw wpływają także w sposób obniżający takie przesłanki merytoryczne jak:
- poważny niedobór krajowych oszczędności, które mogłyby finansować inwestycje na niezbędny rozwój gospodarczy (nadal zmniejszają się nakłady inwestycyjne wystarczające zaledwie na reprodukcję prostą),
- niski poziom nakładów na sferę B+R, a przez to niski poziom innowacyności (przykładowo udział wyrobów wysokiej techniki wynosi w polskim eksporcie tylko około 3% podczas gdy w Unii – 17%),
- brak środków na wprowadzanie nowoczesnej technologii,
- słabe kompetencje menedżerskie obserwowane niestety u większości naszych przedsiębiorców i kadry kierowniczej,
- niska kultura organizacyjna przedsiębiorstw i brak prawdziwego etosu pracy wśród pracobiorców,
- brak środków oraz lekceważący stosunek do szkolenia i doskonalenia zawodowego pracowników wyrażający się kilkunastokrotnie niższymi niż na Zachodzie nakładami na te cele,
- katastrofalnie niska liczba przedsiębiorstw posiadających certyfikaty jakości ISO 9000 (w Polsce – 0,2% firm, a np. w Niemczech około 70%) obniżająca ich wiarygodność i konkurencyjność w kontaktach handlowych na rynkach międzynarodowych,
- niewystarczające nakłady na poprawę warunków sanitarnych produkcji i dystrybucji żywności,
- zbyt skromne nakłady na ochronę środowiska naturalnego,
- coraz wyższe koszty pracy spowodowane znacznymi narzutami na płace oraz nadal nadmiernym zatrudnieniem zwłaszcza w przedsiębiorstwach państwowych, grubo przekraczającym uzasadnione potrzeby (koszty pracy rosną szybciej niż wydajność),
- skomplikowane procedury udzielania kredytów inwestycyjnych i nadal ich wysokie stopy procentowe,
- niska efektywność (na granicy opłacalności) zdecydowanej liczby firm nie tylko państwowych, ale i prywatnych,
- wysokie podatki osłabiające konkurencyjność oraz hamujące rozwój przedsiębiorstw i tworzenie nowych miejsc pracy,
- wysokie koszty i ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej,
- niskie umiejętności urzędników i opieszałość w zagospodarowaniu środków unijnych,
- ciągle wysoki fiskalizm państwa "duszący" przedsiębiorców spowodowany stale i beztrosko rosnącym (mimo pewnych, choć grubo spóźnionych i niewystarczających wysiłków rządu) marnotrawstwem budżetowym.
Aby przezwyciężyć trudności i kłopoty związane z wchodzeniem do UE jest tylko jedna droga, którą jest ciężka praca i wyrzeczenia, albo mówiąc krócej słowami Churchila – pot i łzy. I weźmy raczej przykład z Irlandii i Hiszpanii, a nie Grecji, która przez wiele lat marnowała środki przyznawane przez Unię Europejską. Do pracy biorą się też ostro Słowacy, których bardziej śmiałe od naszych reformy mają zapewnić im boom gospodarczy.
Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE) uważa, że chociaż gospodarka w roku 2003 trochę przyspieszyła (przyrost PKB 3-3,5%), to jednak naszym zdaniem w przyszłym roku nie osiągnie 3-procentowego tempa wzrostu. Także według analityków CASE w przyszłym roku PKB wzrośnie poniżej 3%, podczas gdy rząd oczekuje wzrostu nawet 5-procentowego.
Zmuszeni jesteśmy być bardziej sceptyczni w tej kwestii i prognozować (tylko na podstawie przewidywanego szoku poakcesyjnego i stanu naszych przedsiębiorstw) raczej głębsze załamanie się tendencji wzrostowych PKB. Przewidujemy w dodatku utrzymanie się tej tendencji w okresie co najmniej 2-3 lat jako zjawiska normalnego zawsze towarzyszącego każdej zasadniczej zmianie warunków gospodarczych.
Alternatywą do przystąpienia Polski do Unii było pozostanie na peryferiach Europy, a przez to kontynuowanie, a nawet pogłębienie zastoju gospodarczego. Za kilka lat prześcignęłaby nas Rumunia i Bułgaria, a sami „dogonilibyśmy” Białoruś. Dlatego warto ponieść nieuchronne koszty integracji, bo nie ma innej drogi. W dodatku lepiej, że zrobiliśmy to teraz, bo uczynienie tego za kilka lat wiązałoby się z kosztami wielokrotnie większymi. Każda zwłoka kosztowałaby nas o wiele więcej.
W razie nieprzystąpienia Polski do UE pojawiłby się „szok izolacji” spowodowany znacznym pogorszeniem warunków gospodarowania i konkurencji w porównaniu z okresem przedakcesyjnym. Profesor L. Zienkowski z Zakładu Badań Statystyczno-Ekonomicznych GUS i PAN szacuje, że poziom PKB byłby w roku 2010 w przypadku pozostania poza Unią o blisko 4-5% niższy w porównaniu z sytuacją sprzed akcesji. Taka sytuacja miałaby charakter trwały, przez co różnica w poziomie PKB ulegałaby ciągłemu pogłębianiu wraz z upływem czasu. W związku z tym w roku 2020 poziom PKB byłby już 20% niższy w porównaniu do poziomu sprzed akcesji, a w roku 2030 o około 30% niższy. Wówczas Polska znalazłaby się na marginesie gospodarki europejskiej.
Poddanie się ostrej konkurencji w pierwszym okresie bardzo utrudni przedsiębiorstwom funkcjonowanie na rynku. Wielu przedsiębiorców może jej nie sprostać, przez co przeżywać będą poważne trudności. W dłuższym okresie presja konkurencji będzie jednak sprzyjać modernizacji gospodarki i wzmocni naszą konkurencyjność na rynkach międzynarodowych. Przez to przyczyniać się będzie do stopniowego rozwoju gospodarczego, którego można się spodziewać, ale dopiero po kilku latach od momentu akcesji do Unii Europejskiej....