|
Prof. dr hab. n. med. BOGUSŁAWEM MACIEJEWSKIM – Dyrektorem Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie Oddział w Gliwicach – rozmawia Jacek Broszkiewicz – Polska pod względem zamożności plasuje się w Unii Europejskiej na czwartym miejscu od końca. Ten fakt kreśli niejako naszą pozycję startową w wyścigu po dobrobyt, a o szansach na prosperity decydują takie zjawiska jak masowa emigracja zarobkowa polskich, świetnych naukowców, badaczy, wynalazców. Bez tego kapitału intelektualnego stajemy się bezbronni wobec wyzwań, jakie sobie stawiamy. Czy podziela Pan ten pogląd?
– Mając okazję wypowiadać się na ten temat w odniesieniu do wszystkich dziedzin polskiej nauki, wolałbym skupić raczej na tym, czym sam się zajmuję, czyli na onkologii, jako tym dziale medycyny, który obejmuje bezpośrednie działania związane z ratowaniem ludzkiego życia, leczeniem ludzi, którzy sami uważają się za skazanych na śmierć. Chciałbym tylko zauważyć, że w wielu specjalnościach medycznych polska nauka jest bardzo wysoko notowana w świecie. Dotyczy to zwłaszcza kardiologii, kardiochirurgii, neurochirurgii, otorynolaryngologii, ortopedii Zadziwiające przy tym jest to, że bardzo pochlebne opinie na temat światowego poziomu tych polskich specjalności są kojarzone w świecie medycyny nie z pozycją całej polskiej medycyny, ale z konkretnymi nazwiskami, osiągnięciami poszczególnych lekarzy, naukowców. Nie potrafiliśmy do tej pory stworzyć marki dla tej dziedziny życia, jej ikonami są ludzie, a nie ich zespoły zgrupowane w natychmiast pozytywnie kojarzonych placówkach, instytutach, szpitalach – znanych na całym globie. To oczywiście nie reguła, bo są w Polsce nieliczne placówki, do których - mam nadzieję - zalicza się również gliwickie Centrum Onkologii. Moje nazwisko, ale i moich wychowanków – profesorów jest dobrze rozpoznawalne w tej społeczności kliniczno-naukowej. Jednak ale en gros są to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Świat wie, że Polacy to świetni specjaliści, których można łatwo „wyjąć” i korzystać z ich wiedzy, ponieważ nie istnieje w naszym kraju zwyczaj otaczania ich najwyższą troską, oferowania im najlepszych warunków, po to tylko, by zatrzymać ich tutaj, by służyli społeczeństwu, za którego pieniądze zostali wyedukowani. Pod tym względem jesteśmy wręcz nieprzyzwoicie rozrzutni. – Jest Pan autorytetem rangi światowej w onkologii, zwłaszcza w dziedzinie radioterapii, wiele podróżuje, wykłada na najlepszych uniwersytetach medycznych świata. Jakie refleksje towarzyszą Panu w chwili powrotu z kolejnego mniej lub bardziej długiego pobytu zagranicą? – Szczerze mówiąc nachodzi mnie uczucie pewnej bezradności wobec tego, co zwykło nazywać się „polskim piekłem”. Wracam naładowany pozytywna energią, pragnieniem przeprowadzenia kolejnych projektów, zrealizowania ambitnych celów i nagle okazuje się, że sposób podejścia do konkretnej sprawy, jaki gdzie indziej w ogóle nie miałby racji bytu, byłby wykpiony i wyśmiany, wręcz skompromitowany – w Polsce jest obowiązującym kanonem i to powszechnie akceptowanym! Najgorsze jest to, że szlachetnym zamierzeniom i projektom natychmiast przyszywana jest łatka „osobistego interesu” konkretnego człowieka – naukowca, badacza. I już sam ten zabieg dyskredytować potrafi dosłownie wszystko, pomysły najbardziej nawet racjonalne i pożądane z punktu widzenia społecznego, funkcjonowania danej dziedziny życia. Brane są pod uwagę na przykład wyimaginowane gdzieś w kręgach urzędniczych prywatne cele, a nie dobro pacjenta. I zaczyna się pokonywanie toru z przeszkodami, podczas gdy powinno być zupełnie odwrotnie: pomoc, dobra rada, zrozumienie, okazanie przez urzędnika postawy służebnej wobec społeczeństwa, za którego pieniądze żyje. Nie! U nas często liczy się pycha władzy, ignorancja, często połączona z arogancją, a przede wszystkim brak kompetencji. – A czas płynie... – Właśnie. To, o czym mówię bezpośrednio przekłada się na stan i kondycję polskiej nauki. Rzucanie młodym, prężnym , żądnym wiedzy ludziom kłód pod nogi, brak zrozumienia, że bez wsparcia państwa, a więc wydania przeciętnie ok. 40 tysięcy dolarów na osobę po to by mogła kształcić się w najlepszych uczelniach świata i wrócić do Polski – to jest... Brak mi słów. Jeśli idzie o potencjał naukowy to istotą sprawy jest to, by „produkować” młodych naukowców, posiadających szerokie horyzonty, niekonwencjonalny stosunek do rzeczywistości. Uważam, że lekarz lub pracownik naukowy po 40-ce, który nie ma habilitacji to potencjalny emeryt, którego intelekt już niewiele da nauce. Polskie piekło w świecie nauki polega także na obawie, że jeżeli wykształci się młodego, żądnego wiedzy, ambitnego „wilczka”, to on zajmie stołek, tego kto decyduje o karierze konkretnego człowieka. Umysłami ludzi posiadających władzę – także w medycynie, rządzi – mam nadzieję, że marginesowo - prywata, a nie postawa służby wobec społeczeństwa, pacjentów. Tej postawie sprzeciwiam się na każdym kroku. Mam 63 lata, wykształciłem kilku młodych, pomiędzy 40 a 50 rokiem życia profesorów, ponad 25 doktorów nauk medycznych, i nie boję się, że mnie wygryzą, bo i tak niedługo mnie zastąpią. Któryś z nich zajmie moje miejsce, ale to nie jest powód do mojej frustracji, obawy, czy strachu o własny stołek, ale przede wszystkim powód do dumy, spokojnej dumy. W Polsce o prestiżu decyduje liczba literek, skrótów przed nazwiskiem, a nie wiedza i klasa, jakie sobą się reprezentuje. Pracowałem jako etatowy profesor w Uniwersytecie Południowokalifornijskim, w Harvardzie, w Bostonie i nigdzie nie spotkałem się z takim ładunkiem pychy, zadufania w sobie światowej sławy naukowców, jak w Polsce. Pyta Pan o kondycję polskiej nauki, więc odpowiadam, że potencjał intelektualny mamy ogromny, ale sami go niszczymy w zarodku poprzez małostkowość, niskie pobudki, egoizm – nasze narodowe wady. Cała nadzieja, że to pokolenie, pozbawione kompleksów, choć nie tak do końca wad przekazywanych w domach rodzinnych, potrafi odnaleźć swoje miejsce, pozbyć się obaw i lęków, ksobności, że odnajdzie swoją misję i nie będzie uważało za dyshonor życzliwie porozmawiać przez chwilę z salową mówiąc jej po imieniu. Profesorem się jest albo nie i tego nie załatwią żadne papiery. To samo chyba dotyczy dziennikarzy. Profesor jest od takiego kształcenia młodego pokolenia, by zdobywało ono ostrogi szybciej niż on sam. – Wspomniał Pan o swoich wykładach na najlepszych uniwersytetach medycznych świata, o swoich zainteresowaniach dotyczących rozwoju radioterapii w Polsce. Rak to słowo wywołujące powszechny strach. Czy ta choroba zasługuje, przy obecnym poziomie wiedzy i narzędzi walki z nią w Polsce na tak skrajne, traumatyczne uczucia? – W gliwickim Instytucie Onkologi, zatrudniającym 1100 pracowników mam zerową fluktuację załogi. Jak wspomniałem, wiele lat pracowałem w USA. Uderzyła mnie jedna rzecz – identyfikacja personelu lekarskiego i pomocniczego z placówką, szpitalem, instytutem, kliniką. Ale nie tyle jako wyraz ich przywiązania do miejsca pracy – choć to także niezmiernie ważne - co jako do miejsca wypełniania obowiązków niezwykle ważnych z punktu widzenia ludzkiego życia, egzystencji w ogóle. Rak jest chorobą niezwykle specyficzną, niosącą ogromne cierpienie, ale wyleczalną, niekiedy w bardzo wysokim odsetku przypadków. Świadomość tego faktu nie jest niestety powszechna, dlatego tak wielką wagę przywiązuje się do działań i badań profilaktycznych, mogących wykryć chorobę we wczesnym stadium jej rozwoju. Bardzo mi bliska dziedzina radioterapia – a Centrum Onkologii w Gliwicach – dysponuje i będzie dysponowało najnowocześniejszym na świecie sprzętem do stosowania tej metody, posłuży mi do dłuższego wywodu na temat swego poglądu o funkcjonowaniu służby zdrowia i szeroko pojętej nauki w Polsce. Uznałem, że wzorców amerykańskich żywcem do Polski przenieść się nie da – inna mentalność, tradycje, systemy wartości, stereotypy postaw itp. Skoro więc, dzięki skuteczności Instytutu Onkologii im. M. Curie-Skłodowskiej i Centrum w Gliwicach, jako jego oddziału pozyskujemy wyposażenie o najwyższych parametrach technologicznych niezmiernie drogich – to trzeba stworzyć warunki następujące: Kiedy zgodziłem się kierować tą placówką, całej załodze wyłuszczyłem swoje credo: Tak, zgadzam się być kapitanem tego okrętu, określam kierunek, w jakim płyniemy, co rozwijamy, w co inwestujemy, ale wy będziecie ze mną współrządzili i będziecie ze mną współodpowiedzialni za to, co robimy i że będziecie ze mną i z sobą współpracowali. Chodzi mi o wykształcenie przekonania, że całe Centrum jest własnością załogi. Własnością, której celem jest niesienie jak najlepszej i najskuteczniejszej pomocy bardzo cierpiącym ludziom. W USA ten system – bardzo zresztą skuteczny, działa na zasadzie wzajemnej współzależności. Instytuty, kliniki wysysają ze swoich lekarzy wszystko co najlepsze dla dobra pacjenta, sami zaś lekarze wysysają placówkę z wiedzy, możliwości zdobycia doświadczenia i wreszcie certyfikatu umożliwiającego prowadzenie własnej praktyki, a w konsekwencji zarabiania rzeczywiście dużych pieniędzy. W Polsce opór mentalny, oparty zresztą w dużej mierze na hipokryzji, przed stosowaniem tego rodzaju modelu działania służby zdrowia – niezwykle kreatywnego w każdej dziedzinie, jest ogromny. Konkurencja lekarzy odbywa się na poziomie szpitala, walki o stanowiska, a nie w sferze biznesu, czyli namacalnego sprawdzania tego, co kto potrafi. Umówmy się co do jednego. Podstawowa opieka lekarska w ramach ubezpieczenia jest oczywistą oczywistością, ale reszta to sfera usług, za które trzeba płacić, nie z własnej prywatnej kieszeni, lecz w szpitalu objętym kontraktem NFZ, ale trzeba! Taki jest świat. A polska rzeczywistość? Z NFZ otrzymuję do zaopiniowania wniosek o sfinansowanie 2 zabiegów z dziedziny radioterapii dwóm pacjentom: jednemu w Japonii za 60 tys. dolarów, drugiemu w Europie za 40 tys. euro. W mojej klinice radioterapii możemy przeprowadzić wnioskowaną metodą leczenie w sumie za 35 tysięcy złotych! Trzeba walczyć z ogólnym przekonaniem, że medycyna zagraniczna jest lepsza niż w Polsce. Kolejnym ogniwem w sytuacji braku środków finansowych jest skłonność do kupowanie wszystkiego metodą „dużo i tanio”. Rezultat łatwy do przewidzenia: dziurawe drogi, bo nie przetrwała technologia „mało asfaltu w asfalcie”, szpitale o 200 łóżkach zatrudniające 600 pielęgniarek, stare technologie i sprzęt, które trzeba co kilka lat wymieniać - setki absurdów. Jesteśmy za biedni by kupować tanie technologie i wyposażenie. Za biedni, by utrzymywać zadłużone szpitale, których dyrektorom jest zupełnie obojętna wysokość długów, bo nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności. Co prawda, z polską służbą zdrowia nie jest tak źle jak z brytyjską, ale to marne pocieszenie. Ratuje nas czynnik intelektualny, niezwykłe zdolności Polaków – a to widać dopiero w konfrontacji z innymi nacjami. Sami ich nie dostrzegamy, uważamy, że nie jesteśmy dość dobrzy. A jesteśmy! W wielu dorównujemy wiodącym ośrodkom – Zasady biznesowe w nauce? – Byłbym bardzo ostrożny w używaniu tego terminu w odniesieniu do ochrony zdrowia. Biznes oznacza, to, że ktoś zarabia na czymś lub na kimś. To nie ten obszar. Byłbym raczej skłonny do stosowania pojęcia przedsiębiorczości. Używania pieniędzy podatników w oparciu o zasady przedsiębiorczości, efektywności leczenia, rozumnego, przemyślanego wykorzystania powierzonych, czy pozyskanych z innych, np. z UE, środków. Ponieważ Polska nigdy nie będzie dostatecznie zasobna na skuteczną ochronę zdrowia – należy przede wszystkim inwestować w najnowocześniejszą aparaturę, taką, z której będzie można korzystać za 15-20 lat. – Stara się Pan o nią? – Oczywiście. I robię to od 20 lat. Założyłem, że aby z czystym sumieniem wykonywać swój zawód i rozwijać tę dziedzinę nauki, którą reprezentuję, czyli radioterapię, musze dysponować najnowocześniejszym sprzętem, najlepszej na świecie firmy „X”. Zacząłem kupować sprzęt właśnie w oparciu o zasadę przedsiębiorczości – tej firmy i wyrobów przedsiębiorstw kompatybilnych z jej ofertą. To gwarantowało najmniejsze przestoje,– słowem: niezawodność. A co to oznacza dla ludzi chorych na raka jest chyba oczywiste. Można uratować więcej ludzkich istnień. To dla mnie i zespołu, którym kieruję jest najważniejsze. Ale i dla Centrum, które ma swoją wysoką markę. Efektem jest stosowanie najnowocześniejszych technik leczenia, których używają znakomici specjaliści, wszechstronnie przeszkoleni do obsługi tych niezmiernie skomplikowanych i drogich aparatów. Instytut Onkologii w Warszawie, którego gliwickie Centrum Onkologii jest oddziałem zaczął tworzyć w Polsce sieć placówek i ogniskować wprowadzanie nowych technik leczenia, standardy pozostawiając w regionach. Na Śląsku w gliwickim centrum specjalizujemy się w radioneurochirurgii. Prowadzimy diagnostykę czynnościową guzów w mózgu za pomocą specjalnej techniki spektroskopii rezonansu magnetycznego. Przy pomocy niezwykle drogiej aparatury jesteśmy w stanie rozpoznawać główne drogi życiowe mózgu i guz w rzucie tych dróg. Ten obraz jest cyfrowo przekazywany do Kliniki Neurochirurgii do Sosnowca gdzie zespół lekarzy pod kierunkiem profesora Jerzego Majchrzaka, operuje pacjenta w systemie neuronawigacji, co oznacza, że obrazy z rezonansu magnetycznego oraz z okularu mikroskopu operacyjnego można oglądać jednocześnie, co zwiększa szanse precyzyjnego zabiegu. Obrazy z sali operacyjnej możemy równocześnie widzieć w systemie planowania radioterapii. W naszym ośrodku prowadzimy radioterapię stereotaktyczną, co oznacza, że kilkanaście wiązek promieni padających z rożnych kątów jest kierowane bardzo precyzyjnie w lożę po guzie. Wynikiem naszej współpracy z kliniką neurochirurgii jest zmniejszenie o około 50% zmniejszenie powikłań pooperacyjnych, takich jak niedowład, zaburzenia funkcji mowy i innych funkcji życiowych. Metoda ta przynosi również duże oszczędności związane z transportem tych ludzi do Instytutu – ich stan kliniczny pozwala im na to że mogą sami do nas przyjść. Uważam, że oprócz tego wątku ekonomicznego – ważnego przecież w dzisiejszych czasach – ogromne znaczenie dla ludzi dotkniętych tą straszną chorobą ma psychologiczne znaczenie świadomości, że mogą coś zrobić SAMI, że mogą żyć, poruszać się, decydować co , kiedy i jak robić. O skali tego czym zajmujemy się w Centrum i poziomie naszych usług świadczy fakt, że w technikach napromieniania przyspieszacz liniowy porusza się, tak jak węszący pies, za guzem, który przemieszcza się w rytm tempa oddechu pacjenta. Promienie zawsze trafiają w guz – niezależnie od miejsca, w którym, w rytmie funkcji życiowych on się znajduje. To niezmiernie istotne, bo nie napromieniamy tkanek zdrowych, innymi słowy – zawsze trafiamy precyzyjnie w punkt!
– Powszechnie zalicza się Pana Profesora do bardzo nielicznej grupy najlepszych na świecie lekarzy i naukowców w dziedzinie radioterapii. Mam jednak wrażenie, że Pańska pasja i wielkie osiągnięcia w tej dziedzinie – w codziennej praktyce , nomen-omen, promieniuje na sposób, w jaki podchodzi Pan do chorego, w jaki Pan go traktuje, pragnie otoczyć kompleksowym, nie tylko wycinkowym leczeniem. Czy ta moja refleksja odpowiada prawdzie? – Odpowiem tak: Kiedy jeden z pionierów przeszczepów szpiku kostnego w Polsce prof. Jerzy Hołowiecki – światowa sława w dziedzinie hematologii - odszedł z Akademii Medycznej, natychmiast zaproponowałem mu pracę w gliwickim Centrum Onkologii. Ten znakomity naukowiec i lekarz objął kierownictwo kliniki zajmującej się leczeniem chłoniaków wysokimi dawkami chemioterapii skojarzonym z napromieniowaniem i przeszczepem chorego szpiku. Pacjent jest leczony w maksymalnie kompleksowy sposób. Ma wszystko w jednym. To jest kolejna z metod unikalna nie tylko w odniesieniu do Polski, ale i świata. Wysyłam młodych lekarzy do Stanów Zjednoczonych po to, by szkolili się w chirurgii rekonstrukcyjnej. Pacjenci wyleczeni z raka bywają potwornie zniekształceni, dotyczy to przede wszystkim twarzy, głowy, Czy wyobraża Pan sobie, że na przedramieniu można hodować nos? Otóż można i tego nasi ludzie uczą się w Houston i w Glasgow– bo to tam są jedyne na świecie ośrodki zajmujące się tak wyrafinowanymi technikami rekonstrukcji ludzkiego ciała. Myślę, że opowiadając panu o tym, co robimy, jak daleko sięgamy, z jakich wzorców korzystamy i co sami wkładamy w dorobek światowej medycyny – w dużym stopniu udzielam odpowiedzi na kluczowe pytanie naszej rozmowy dotyczące kondycji polskiej nauki. – Dziękuję za tę część rozmowy. Artykuł publikujemy za zgodą Redakcji Euroregiony Polska |